Co dwa koty, to nie jeden

https://bit.ly/2Hbj6SR

Trzy lata temu jadąc do pracy przyuważyłem na skraju drogi małego, cętkowanego, zwiniętego w kulkę kotka. Moje wrażliwe na te istoty serce nie pozwoliło mi się nie zatrzymać.
Gdy wysiadłem z auta i podszedłem bliżej, zauważyłem, że drżał z zimna. Wyglądał też na dość wychudzonego i przestraszonego. Niemniej jednak był oswojony z ludźmi, co dało się wywnioskować, gdyż nie uciekł na mój widok, ani nie zaczął syczeć gdy podszedłem bliżej i wyciągnąłem do niego dłoń. Obwąchał ją nieco podejrzliwie, ale po chwili już łasił się przy moich kostkach. Pomyślałem wtedy, że albo jakimś sposobem się zgubił, albo ktoś specjalnie wywiózł go za miasto, żeby się go pozbyć. Pogoda i okoliczności nie sprzyjały, żeby takie małe, bezbronne stworzenie szwendało się samo blisko drogi, która jest dość często uczęszczana. Nie zastanawiałem się dwukrotnie. Zabrałem małego do auta i kontynuowałem podróż do pracy. Na miejscu zaniosłem go do weterynarza, który pracuje u mnie kilka razy w tygodniu. Okazało się, że wszystko z kotkiem było w porządku. Trzeba było go tylko nakarmić i pozwolić mu oswoić się z nowym miejscem.
Po pracy zabrałem tego kilkumiesięcznego kociaka do domu… Wiedziałem, że Devon nie będzie zachwycony, ale nie miałem na tamten moment innego wyjścia. Fakt faktem, Santiago został
z nami do dziś… Dodam tylko, że nie jest to kot rasowy, co może wydawać się paradoksalne z racji mojego zawodu. Tak czy inaczej mam obecnie w domu jednego kota rasowego (nie wiem czy wcześniej wspominałem, ale Devon jest rasy rosyjskiej) i jednego (tak zwanego) dachowca…

Komentarze

Popularne posty