Akceptacja stanu rzeczy

https://bit.ly/2TKwbnt
Z filmu Siedlisko węży (1948).
Moja obsesja doprowadzała mnie do szału. Zadzwoniłem do byłej żony, żeby zabrała koty i zajęła się hodowlą. Nie mogłem dłużej na nie patrzeć, ani z nimi przebywać. Niestety… rozjechany kot nadal nawiedzał mnie w każdym kącie mojego domu. Niesamowite jak nasza wyobraźnia może z nas kpić i robić z nas wariatów. Wiedziałem, że tego kota tam nie ma. Pomimo to za każdym razem dostawałem białej gorączki, gdy mózg płatał mi figle i wydawało mi się, że znów widzę tego przeklętego kota. Potrafiłem rzucać przedmiotami w wyimaginowane zwierzę, przeklinać je albo ignorować, ale nic nie dawało oczekiwanego rezultatu. Potem było tylko gorzej. Zacząłem widzieć go wszędzie, nie tylko w moim domu. Przestałem więc wychodzić, żeby nie zwracać na siebie uwagi w miejscach publicznych.
                Kolejne tygodnie pamiętam jak przez mgłę. Prawie nie jadłem  i nie spałem. Chyba przez większość czasu gapiłem się w ścianę. W domu panował chaos, mimo, że byłem tam tylko ja. Któregoś dnia zabrano mnie do szpitala psychiatrycznego na polecenie mojej byłej żony.
                Nie protestowałem. Wiedziałem, że potrzebowałem pomocy. Ironią losu jest fakt, że trafiłem tam akurat z tak błahego powodu jak potrącenie kota. To pewnie dlatego, że przez tyle lat byłem związany z tymi stworzeniami… Tak czy inaczej wierzyłem, że pobyt w ośrodku mi pomoże, dlatego robiłem wszystko czego ode mnie oczekiwano.  Niemiej jednak początki były trudne. Czułem się nieswojo wśród wszystkich tych obłąkanych ludzi… Z jednej strony czułem, że tam nie pasowałem, ale z drugiej wiedziałem, że jest powód, dla którego tam się znalazłem…

Komentarze

Popularne posty